Jeśli kiedyś zastanawiałeś się, co zrobisz jak wygrasz milion w Lotto to dobrze wiesz, co ja czułem rozważając podjęcie próby przepłynięcia Kanału La Manche. Wiedziałem, że jest, że komuś udało się ten Kanał przepłynąć. Podchodziłem jednak do tego wyzwania, jak do wygranej w Lotto – zdawałem sobie sprawę, że nigdy się to nie wydarzy, bo przecież za trudne, bo przecież nie mam czasu na udział w treningach, temperatura wody jest niska, a fale i wiatr to kolejne przeszkody utrudniające osiągnięcie celu.
Do Dover przyjechałem w lipcu – na tygodniowy rekonesans. Chciałem popływać bez zobowiązań, zobaczyć jak wygląda hotel, ale również porozmawiać z pilotem, który miał mnie asekurować. Wyprawa wypadła bardzo pomyślnie. Woda nie była za ciepła, ale jej temperatura i tak plasowała się powyżej moich oczekiwań. Hotel bardzo szybko zamieniłem na pole biwakowe, którego głównymi klientami byli przede wszystkim śmiałkowie próbujący przepłynąć kanał. Zaciekawił mnie fakt, że każda osoba, której udało się przepłynąć kanał, ma swoją plakietkę przymocowaną do ogrodzenia, na której widnieje nazwisko, data, czas przepłynięcia oraz narodowość.
Kilka tygodni później, będąc już w drodze, w okolicach Holandii – otrzymałem od pilota telefon z informacją, że osoba, która miała mnie asekurować, zdecydowała się z początkiem kolejnego tygodnia przejść na emeryturę. W tym przypadku mój „rejs” został przekazany do Zarządu CSPF w celu dokonania przydziału innego pilota. Niestety nie jest możliwe, by z dnia na dzień rozpocząć współpracę z innym pilotem, ponieważ rezerwacja odpowiedniej osoby następuje kilka lat wcześniej, przed datą planowanego startu. W ciągu całej trasy jeden pilot asekuruje trzech pływaków, start często uzależniony jest od pogody, więc szanse, że w danym okresie do startu zostanie dopuszczona czwarta osoba są dość małe. W tym przypadku bardzo pomógł mi szef CSPF Mike Oram, który zorganizował dodatkową łódź, zatem szczęśliwie udało mi się popłynąć zgodnie z harmonogramem.
Do portu dotarliśmy dopiero o pierwszej nad ranem. Natomiast dzień wcześniej, w godzinach wieczornych, otrzymałem informację, że pogoda się poprawia i jest szansa na dobre warunki startowe. O 3 rano byłem już w wodzie. Warto zaznaczyć, że łódka wypływa z portu z pływakiem na pokładzie, cumuje około 50 metrów od brzegu. Dopiero wtedy pływak z niej wyskakuje, dopływa do plaży i wychodzi z wody. Gdy już stanie suchą stopą na lądzie – otrzymuje sygnał z łodzi, wtedy może ponownie wejść na pokład i rozpocząć zmagania.
Po godzinie od startu, temperatura wody miała 17 stopni C, jednak przenikliwy wiatr i odczuwalna temperatura powietrza – 14 stopni C spowodowały, że miałem ogromną ochotę wyjść z wody trzęsąc się z zimna. Każdy pływak otrzymuje od organizatorów pomoc co pół godziny. Z utęsknieniem czekałem na lekko strawny posiłek, płyny, energetyczne żele. Mimo przeciwności i zimna, postanowiłem nie kończyć wyprawy, nie wychodzić z wody, a dotrwać do następnego żywienia i kolejnego, a potem do świtu. Co raz wyżej wschodzące słońce trochę zmieniło moją perspektywę. Obiecywałem sobie, że dam radę przepłynąć jeszcze kawałek, chociaż nadal było mi niewyobrażalnie zimno. Następnie wyznaczyłem sobie cel – chciałem dopłynąć dalej niż na illes (8:40) – w ten sposób udało mi się dotrwać do południa. Podczas kolejnej przerwy żywieniowej zapytałem załogi łodzi – jak daleko jest do brzegu – asekuracja odpowiedziała, że około godziny. Wiedziałem, że nie mówią mi prawdy, ale na tym etapie byłem już bardzo zdeterminowany, by dokończyć wyprawę. Dotarcie do drugiego brzegu zajęło mi 12h i 56min płynięcia kraulem – myślę, że jak na amatora i to nie najmłodszego to dość dobry wynik.
