Jadąc o 5.00 rano na start zaplanowany na 7.00 wmawiałem sobie, że to przecież nie taki wielki dystans te 22,3 kilometra. Takie tam sześć godzin pływania. Warto zaznaczyć, że warunkiem wzięcia udziału w próbie przepłynięcia Kanału La Manche przez CSPF (Channel Swimming & Piloting Federation) czy też CSA (Channel Swimming Association) – organizacje certyfikujące – jest pokonanie sześciogodzinnego dystansu w wodzie o temperaturze nie większej niż 16 stopni Celsjusza bez przerw, wychodzenia na łódź czy brzeg.
Ranna mgła opóźniła start, a woda nie okazała się aż taka ciepła – miała jedynie 18 stopni C. Płynęliśmy w grupach po kilku pływaków. Już na pierwszym żywieniu po pierwszej godzinie, okazało się, że plecak z odżywkami hiszpańskiego kolegi z grupy jest na innym pontonie. Spowodowało to niemałe zamieszanie – oczekiwanie na podwiezienie właściwego plecaka. Po około dwóch minutach oczekiwania zdecydowałem się płynąć sam. Reszta grupy była oczywiście w piankach. Po kilkuset metrach dołączyła do mnie motorówka, która została wyznaczona jako lotna asekuracja między pontonami. Taki stan rzeczy spowodował, że „prywatną” asekurację, reszta członków mojej grupy dalej czekała… na właściwy plecak. Trasa okazała się jednak dużo dłuższym dystansem niż mogłem sobie wyobrazić, dodatkowo zostałem odeskortowany do lewego cypla Ille Medes zamiast do środkowego, co jeszcze bardziej wydłużyło moją trasę. Do mety dopłynęło jedynie trzech z osiemnastu zawodników, tylko mnie udało się ukończyć trasę bez pianki.
