Cieśninę Gibraltarską poznałem jeszcze za czasów studenckich, podczas podróży autostopem po Hiszpanii kiedy zdecydowaliśmy wsiąść na prom i dopłynąć do Ceuty. Powód był prozaiczny – chcieliśmy choć na chwilę byś w Afryce. Płynąc wtedy promem zastanawiałem się ile czasu zajęło by mi przepłynięcie tej cieśniny wpław.
Lata później a dokładnie rok po przepłynięciu Balatonu postanowiłem podjąć wyzwanie i przepłynąć Cieśninę Gibraltarską.
Nie wiedziałem wtedy, że aby tego dokonać należy zarejestrować się w ACNEG (The Gigraltar Straight Swimming Association), a od rejestracji do podjęcia próby trzeba czekać aż trzy lata. Niezwykle zmienne warunki pogodowe (wiatr i prądy) oraz duży ruch statków oceanicznych pozwala tylko na jedną przeprawę wpław w ciągu dnia.
Miałem ogromne szczęście – podczas czerwcowego pobytu w Hiszpanii pojechałem do Tarify – miejsca startu i zarazem siedziby ACNEG. Po rozmowie z sympatycznym p. Rafaelem – Prezesem ACNEG uzyskałem informację że może jeszcze w tym roku (2013) będzie to możliwe, ale bez gwarancji, i po wpłaceniu bezzwrotnego depozytu administracyjnego (zgłoszenie i formalności wizowe).
We wrześniu zadzwonił Rafal i powiedział że mogę płynąć. Na warunki pozwalające na podjęcie próby czekałem na miejscu, w Tarifie ponad tydzień – niską falę, brak wiatru – Dopiero w drugim tygodniu nastąpił przełom ale wtedy był to już termin następnych pływaków, Brytyjczyków, do których zostałem dołączony. Brytyjczycy od razu narzucili wysokie, jak dla mnie, tempo (4k/h) i po godzinie ledwo łapiąc oddech, byłem pewny że za chwilę mi odpłyną a jak jako najwolniejszy zostanę ‘wyciągnięty’ z wody, z uwagi na to że grupa musi płynąć razem. Jednak w połowie dystansu tempo Brytyjczyków, trochę spadło a ja nabrałem pewności że musi się udać.







