Cieśninę Gibraltarską poznałem jeszcze za czasów studenckich, podczas podróży autostopem po Hiszpanii kiedy zdecydowaliśmy wsiąść na prom i dopłynąć do Ceuty. Powód był prozaiczny – chcieliśmy stanąć na afrykańskiej ziemi choć na chwilę. Płynąc promem zastanawiałem się ile czasu zajęło by przepłynięcie tej cieśniny wpław.
Lata później a dokładnie rok po przepłynięciu Balatonu postanowiłem podjąć wyzwanie – przepłynąć Cieśninę Gibraltarską.
Nie wiedziałem wtedy, że aby tego dokonać należy zarejestrować się w ACNEG (The Gigraltar Straight Swimming Association), a od rejestracji do podjęcia próby trzeba czekać aż trzy lata. Niezwykle zmienne warunki pogodowe (wiatr i prądy) oraz duży ruch statków oceanicznych pozwala tylko na jedną przeprawę wpław w ciągu dnia.
Miałem ogromne szczęście – podczas czerwcowego pobytu w Hiszpanii pojechałem do Tarify – miejsca startu i zarazem siedziby ACNEG. Po rozmowie z sympatycznym p. Rafaelem – Prezesem ACNEG uzyskałem informację że w bieżącym roku – 2013 taka możliwość raczej się nie pojawi, ale jeśli zostawię namiary i nagle zwolni się miejsce w kolejce p. Rafael niezwłocznie mnie o tym powiadomi. Taka możliwość pojawiła się w sierpniu 2013 roku. Okazało się jednak, że nastąpiła pomyłka – przede mną na liście rezerwowych czekał inny Polak o imieniu Bogusław (Ogrodnik). W związku z zamieszaniem udzielono mi zgody na podjęcie próby na własną odpowiedzialność. Jedynym warunkiem było uiszczenie nierefundowanej opłaty paszportowej w wysokości 200 Euro.
Na warunki pozwalające na podjęcie próby czekałem na miejscu, w Tarifie ponad tydzień. Dni upływały mi na śledzeniu Windguru – strony publikującej aktualne prognozy pogody dla niemal każdego miejsca na Ziemi. Zaoferowano mi możliwość podjęcia próby przepłynięcia cieśniny po dołączeniu do grupy trzech Brytyjczyków, którym przysługiwał pierwszeństwo w tym terminie.
Stawka była wysoka niezależnie od mojej decyzji. Grupa utrzymywała wysokie tempo, ok. 4 km/h i jeśli nie zdołałbym go utrzymać musiałbym zrezygnować z dalszej drogi. Kolejna okazja mogła pojawić się jednak dopiero za trzy lata.
Asekuracja z trzech łodzi płynących za maratończykami nie dopuszcza możliwości rozdzielenia grupy – wszyscy jej członkowie muszą poruszać się podobnym tempem i nie oddalać się od siebie.
Zaryzykowałem. Pierwsza godzina była bardzo trudna – grupa utrzymywała spodziewaną prędkość, jednak kolejne kilometry pokonywaliśmy nieco spokojniej i nabrałem przekonania, że dam radę.
